poniedziałek, 7 listopada 2016

Życie jak w Madrycie (i Barcelonie)

Francuzi to śmierdzące lenie. Mają najkrótszy tydzień pracy w Europie, bo tylko 35 godzin tygodniowo (chociaż podobno zaczyna się to powoli zmieniać), 30 dni urlopu rocznie, a uczniowie i studenci mają zatrważającą ilość ferii, jak na przykład te jesienne z okazji dnia Wszystkich Świętych (la Toussaint), które trwają około tygodnia.

Korzystając z bycia tymczasowymi Francuzami, kupiliśmy dość spontanicznie ze znajomymi bilety na samolot Madryt - Tuluza (10 euro? Biere) i stwierdziliśmy, że później to się jakoś zobaczy. Całą resztę (czyli spanie) udało się już załatwić w zupełnie niespontaniczny sposób, a podsumowując - zafundowaliśmy sobie jesienne wakacje w Barcelonie i Madrycie.

Podróż autobusem z Tuluzy do Barcelony (bo od niej zaczęliśmy naszą wyprawę) trwa 5 godzin z hakiem, więc da radę przeżyć. Kilka godzin po przyjeździe wzięliśmy udział w jednej z Free Walking Tours, poświęconej street artowi, którą polecili nam znajomi, a którą teraz ja polecam wszystkim. Muszę przyznać, że Barcelona to nie jest pierwsze miasto, które przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o graffiti, muralach i street arcie w ogóle, więc byłem mocno zdziwiony, kiedy zobaczyłem takie cuda:







Kolejne dwa dni zarezerwowaliśmy na nieco bardziej typowe atrakcje Barcelony: kościół Sagrada Familia i Park Güell. I o ile ten drugi spodobał mi się w umiarkowanym stopniu (pewnie przez jakiś milion ludzi biegających w transie z kijami do selfie i drugi milion ludzi je sprzedających), to Sagrada Familia robi niesamowite wrażenie, na które warto wydać te kilkanaście euro.

Najbardziej obfotografowana jaszczurka na świecie






A w muzeum na dole można podglądać ludzi pracujących przy makietach (:


Co poza tym warto zobaczyć w Barcelonie? Plaça d'Espanya, Plaça de Catalunya, ulicę Passeig de Gràcia (która jest uznawana za najdroższą ulicę całej Hiszpanii), a z mniej turystycznych miejsc: Park Olimpijski (Barcelona była gospodarzem letnich igrzysk w 1992 roku) i Muzeum Designu.








Po Barcelonie przyszła kolej na Madryt. Autobusem dojechaliśmy tam w 7,5 godziny (tym razem już trochę gorzej niż z Tuluzy do Barcelony). Po dotarciu do hostelu około godziny 8 (rano) i odejściu z kwitkiem (meldujemy się od godziny 12, sorry) zaczęliśmy zwiedzanie stolicy. O godzinie 8 rano w poniedziałek, w stolicy Hiszpanii nie ma żywego ducha. Po przejściu Calle de Fuencarral trafiliśmy na Gran Via, która jest jedną z głównych ulic Madrytu i na pewno jedną z najbardziej reprezentacyjnych (czytaj: kilku-, czasem i kilkunastopiętrowe kamienice z przełomu XIX i XX wieku). Niektóre budynki naśladują styl amerykański, jak np. Edificio Telefónica, inne ociekają bogactwem jak Edificio Metrópolis:


Po Gran Via przyszedł czas na Park Retiro (który jest w sumie bardzo podobny do warszawskich Łazienek), gdzie spotkaliśmy między innymi odważne wróble:


Najlepszą rzeczą (a raczej budynkiem) w całym parku jest Kryształowy Pałac, który został zbudowany pod koniec XIX wieku, jako miejsce ekspozycji fauny i flory z Filipin (wtedy hiszpańskiej kolonii). Jak dla mnie odjazd. Niestety nie dało nam się wejść do środka ze względu na zmianę ekspozycji.


Poza tym, w parku Retiro można zajrzeć do Palacio de Velázquez, który dzisiaj służy jako przestrzeń do czasowych wystaw Muzeum Królowej Zofii. Trudna sztuka.



W Madrycie, tak jak w Barcelonie można też natknąć się na sztukę współczesną. Warto zajrzeć do Palacio de Cibeles, który dzisiaj służy za ratusz miasta, i w którym na kilku piętrach rozlokowane są wystawy. Można też wjechać na samą górę i obejrzeć panoramę Madrytu.




Dużym rozczarowaniem w Madrycie był dla mnie plac Puerta del Sol, który uważany jest nie tylko za środek miasta, ale i całej Hiszpanii, i gdzie można znaleźć "kilometr zerowy", z którego mierzy się odległości do innych miast. Sam plac jest mocno zaniedbany, obwieszony reklamami (zupełnie jak w Polsce!) i wypełniony ludźmi przebranymi za Mario i Pikachu, z którymi można sobie zrobić zdjęcie. Warto tam jednak pójść żeby zobaczyć neon Tío Pepe. No i pomnik niedźwiedzia wspinającego się na drzewo truskawkowe (!), który jest symbolem Madrytu.



Do Madrytu warto jednak pojechać po to, aby odwiedzić Muzeum Prado (Goya, Velázquez, El Greco, Rubens, Bosch, Bruegel), zjeść churros z czekoladą (ja po sześciu wymiękłem), spróbować patatas bravas i pewnie wiele innych rzeczy, o których nie wiedzieliśmy, na które nie mieliśmy czasu (jak na przykład muzeum Thyssen-Bornemisza) albo były zamknięte (jak nieczynna stacja metra Chamberí, którą można dzisiaj zwiedzać).

Podsumowując: warto odwiedzić i jedno, i drugie miasto, choć moim zdaniem, hiszpańscy znajomi mieli rację: po Barcelonie, Madryt nie jest już taki fajny. Z Hiszpanami jako tako da się dogadać po angielsku, chociaż my mieliśmy szczęście, bo jeden z kolegów był hiszpańskojęzyczny. Wszystkim wybierającym się do Hiszpanii, a szczególnie do Barcelony (bo w Madrycie też wzięliśmy udział, ale było trochę gorzej) jeszcze raz polecam Free Walking Tours. W ofercie mają kilka różnych tras, więc każdy znajdzie coś dla siebie.

czwartek, 3 listopada 2016

Francja w niebezpieczeństwie

To, że Francuzi mają hopla na punkcie swojej historii, kultury i języka, wiadomo nie od dziś. W sumie trudno się dziwić: Francja to kraj o nieprzerwanej historii i mocarstwo od wieków. Co więcej, posiada silną "markę" znaną chyba na całym świecie.

Czy jest zatem coś, co mogłoby zagrażać Francji? U nas to wiadomo: jak nie Rosja z Niemcami, to Unia Europejska i gender. Biednemu zawsze wiatr w oczy. Wydaje się, że z kolei dla Francuzów największym zagrożeniem jest język angielski. Całe szczęście, z pomocą przychodzi ustawodawstwo, a konkretnie Prawo Toubona, które reguluje kwestię używania języka francuskiego. Zgodnie z ustawą, wszelkie informacje/ogłoszenia widoczne w przestrzeni publicznej powinny być sformułowane w języku francuskim. Jeśli zaś prezentowane są one w innych językach, tłumaczenie na język francuski również musi być czytelne.

Co ciekawe, wytyczne wskazane w tej ustawie, zdaniem francuskiego Ministerstwa Kultury i Komunikacji, mają przyczynić się do zapewnienia zdrowia i bezpieczeństwa konsumentów we Francji poprzez szerokie użycie języka francuskiego w życiu codziennym. Argumentacja nieco naciągana (w dodatku konsumentów traktuje się jak dzieci), ale niech będzie.


Warto przyjrzeć się też francuskiemu słowotwórstwu. W roku 1635 powstała Akademia Francuska (Académie française), której celem jest dbanie o rozwój języka francuskiego i literatury francuskiej. Członków Akademii jest maksymalnie czterdziestu, sprawują tę funkcję dożywotnio i tworzą grupę tzw. nieśmiertelnych. Starają się nie dopuścić do tego, by w języku pojawiały się obce słowa, w zamian proponują francuskie leksemy. 

Tak więc zamiast angielskiego słowa walkman zaproponowano baladeur, program komputerowy po francusku to logiciel, zamiast maila wysyła się courriel, komputer to ordinateur (choć także w języku hiszpańskim istnieje słowo ordenador, które z angielskim computer ma niewiele wspólnego), a przycisk Start w komputerach z Windowsem po francusku nosi nazwę Démarrer.


Na koniec wrócę jeszcze do tematu reklam. Na pierwszy rzut oka wyglądają one tak samo jak wszędzie indziej, ale gdy użyty jest angielski (albo jakikolwiek inny język), zawsze można gdzieś znaleźć tłumaczenie na francuski.

Kilka przykładów: