Korzystając z bycia tymczasowymi Francuzami, kupiliśmy dość spontanicznie ze znajomymi bilety na samolot Madryt - Tuluza (10 euro? Biere) i stwierdziliśmy, że później to się jakoś zobaczy. Całą resztę (czyli spanie) udało się już załatwić w zupełnie niespontaniczny sposób, a podsumowując - zafundowaliśmy sobie jesienne wakacje w Barcelonie i Madrycie.
Podróż autobusem z Tuluzy do Barcelony (bo od niej zaczęliśmy naszą wyprawę) trwa 5 godzin z hakiem, więc da radę przeżyć. Kilka godzin po przyjeździe wzięliśmy udział w jednej z Free Walking Tours, poświęconej street artowi, którą polecili nam znajomi, a którą teraz ja polecam wszystkim. Muszę przyznać, że Barcelona to nie jest pierwsze miasto, które przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o graffiti, muralach i street arcie w ogóle, więc byłem mocno zdziwiony, kiedy zobaczyłem takie cuda:
Kolejne dwa dni zarezerwowaliśmy na nieco bardziej typowe atrakcje Barcelony: kościół Sagrada Familia i Park Güell. I o ile ten drugi spodobał mi się w umiarkowanym stopniu (pewnie przez jakiś milion ludzi biegających w transie z kijami do selfie i drugi milion ludzi je sprzedających), to Sagrada Familia robi niesamowite wrażenie, na które warto wydać te kilkanaście euro.
| Najbardziej obfotografowana jaszczurka na świecie |
A w muzeum na dole można podglądać ludzi pracujących przy makietach (:
Co poza tym warto zobaczyć w Barcelonie? Plaça d'Espanya, Plaça de Catalunya, ulicę Passeig de Gràcia (która jest uznawana za najdroższą ulicę całej Hiszpanii), a z mniej turystycznych miejsc: Park Olimpijski (Barcelona była gospodarzem letnich igrzysk w 1992 roku) i Muzeum Designu.
Po Gran Via przyszedł czas na Park Retiro (który jest w sumie bardzo podobny do warszawskich Łazienek), gdzie spotkaliśmy między innymi odważne wróble:
Najlepszą rzeczą (a raczej budynkiem) w całym parku jest Kryształowy Pałac, który został zbudowany pod koniec XIX wieku, jako miejsce ekspozycji fauny i flory z Filipin (wtedy hiszpańskiej kolonii). Jak dla mnie odjazd. Niestety nie dało nam się wejść do środka ze względu na zmianę ekspozycji.
Poza tym, w parku Retiro można zajrzeć do Palacio de Velázquez, który dzisiaj służy jako przestrzeń do czasowych wystaw Muzeum Królowej Zofii. Trudna sztuka.
W Madrycie, tak jak w Barcelonie można też natknąć się na sztukę współczesną. Warto zajrzeć do Palacio de Cibeles, który dzisiaj służy za ratusz miasta, i w którym na kilku piętrach rozlokowane są wystawy. Można też wjechać na samą górę i obejrzeć panoramę Madrytu.
Dużym rozczarowaniem w Madrycie był dla mnie plac Puerta del Sol, który uważany jest nie tylko za środek miasta, ale i całej Hiszpanii, i gdzie można znaleźć "kilometr zerowy", z którego mierzy się odległości do innych miast. Sam plac jest mocno zaniedbany, obwieszony reklamami (zupełnie jak w Polsce!) i wypełniony ludźmi przebranymi za Mario i Pikachu, z którymi można sobie zrobić zdjęcie. Warto tam jednak pójść żeby zobaczyć neon Tío Pepe. No i pomnik niedźwiedzia wspinającego się na drzewo truskawkowe (!), który jest symbolem Madrytu.
Do Madrytu warto jednak pojechać po to, aby odwiedzić Muzeum Prado (Goya, Velázquez, El Greco, Rubens, Bosch, Bruegel), zjeść churros z czekoladą (ja po sześciu wymiękłem), spróbować patatas bravas i pewnie wiele innych rzeczy, o których nie wiedzieliśmy, na które nie mieliśmy czasu (jak na przykład muzeum Thyssen-Bornemisza) albo były zamknięte (jak nieczynna stacja metra Chamberí, którą można dzisiaj zwiedzać).
Podsumowując: warto odwiedzić i jedno, i drugie miasto, choć moim zdaniem, hiszpańscy znajomi mieli rację: po Barcelonie, Madryt nie jest już taki fajny. Z Hiszpanami jako tako da się dogadać po angielsku, chociaż my mieliśmy szczęście, bo jeden z kolegów był hiszpańskojęzyczny. Wszystkim wybierającym się do Hiszpanii, a szczególnie do Barcelony (bo w Madrycie też wzięliśmy udział, ale było trochę gorzej) jeszcze raz polecam Free Walking Tours. W ofercie mają kilka różnych tras, więc każdy znajdzie coś dla siebie.