sobota, 14 stycznia 2017

Porady (trucs et astuces) na spokojne życie we Francji

Mieszkanie we Francji (przynajmniej przez kilka miesięcy) to naprawdę świetna sprawa. Francuzi (a na pewno Ci z południa) to na ogół bardzo przyjemni ludzie, z którymi da się dogadać po francusku, nawet jeśli rodzajnikami wali się na oślep (co niestety nadal mi się zdarza), a niektórzy mówią i po angielsku (!)
Czasami jednak panują tutaj zasady inne niż w Polsce i życie też wygląda trochę inaczej. I nie mówię tu o tym, że przeciętny Francuz jest bogatszy od przeciętnego Polaka, bo w ogóle wydaje mi się, że jeśli chodzi o kwestię wyglądu, ubioru itd., różnic pomiędzy ludźmi mieszkającymi po dwóch stronach dawnej "żelaznej kurtyny" już nie ma. Mam głównie na myśli "zasady życia codziennego". Zapoznanie się z regułami panującymi we Francji jeszcze przed przyjazdem, może oszczędzić nieco rozczarowań, nerwów i facepalmów.

Po pierwsze: będąc we Francji zachowuj się jak Francuz (i myśl jak Francuz)
Tak, możesz wchodzić  na jezdnię gdzie chcesz i kiedy chcesz. Nieważne czy świeci się zielone światło czy czerwone, czy jedzie samochód czy nie.
Tak, bagietka to nie jest buła, tylko (o zgrozo) chleb o charakterystycznym wydłużonym kształcie.
Tak, bardzo ładnie Pan/Pani wymówił/a, mam na imię Misiał/Mikal/Misial/Miszał/Michau/Mikail.

Po drugie: biurokracja w Polsce to koszmar? Bienvenue en France!
Ilość papierów, które były mi potrzebne, żeby zakwaterować się w akademiku i zarejestrować na uczelni, przechodzi ludzkie pojęcie. W przypadku akademika, wszyscy przed przyjazdem zostaliśmy postraszeni, że jeśli będzie brakowało choćby jednego dokumentu, wstępu nie dostaniemy. Po przekroczeniu progu, okazało się, że zestaw ok. tysiąca kartek, które wydrukowałem i pieczołowicie wypełniłem przed wyjazdem, muszę wypełnić jeszcze raz, hehe, dziękujemy bardzo, ale wszystkie mamy już dla was wydrukowane.
Z kolei na uczelni nie mógłbym zostać studentem, jeśli nie wykupiłbym ubezpieczenia u francuskiego ubezpieczyciela. To nic, że wydałem już kilka stów na ubezpieczenie w Polsce.
Natomiast świetną sprawą we Francji jest możliwość otrzymania dodatku do mieszkania, zawsze parę groszy do przodu. Zajmuje się tym CAF (Caisse d'allocations familiales). Podanie warto jednak złożyć na samym początku pobytu we Francji, a nie po dwóch miesiącach tak jak ja. Oczywiście wszystko to jest dostępne tylko dla posiadaczy konta we francuskim banku. Poza tym, warto być przygotowanym na prośbę o udokumentowanie zarobków rodziców i rozliczenie z urzędem skarbowym z 1985 roku (to oczywiście przesada).

Aha, we francuskich urzędach/biurach/sekretariatach/recepcjach pracuje się na ogół w godzinach 9-12 i 14-17. Handluj z tym.

Po trzecie: Ça va?
Czyli "co słychać?". To jest hit. Na początku mojego pobytu słyszałem to pytanie ok. 20 razy dziennie. W Polsce tyle razy słyszę je może w ciągu całego roku i co więcej, u nas rzeczywiście chodzi o to, żeby się dowiedzieć co tam słychać ("a daj spokój, stara bieda"). We Francji to pytanie funkcjonuje bardziej jako "cześć", więc odpowiadamy tylko ça va. I nara.

Po czwarte: Merci, au revoir
Na zakończenie miły akcent. Bardzo dużo ludzi wychodząc z autobusu dziękuje za podróż i żegna się z kierowcą, a kierowcy też dziękują i żegnają się z pasażerami. Myślę, że u nas też by się to przydało.

Wyjazd na Erasmusa to była jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza decyzja w moim życiu. Warto jest się samemu sprawdzić, pozwiedzać trochę Europy, otworzyć na różnorodność, podszkolić język, poznać ludzi z całego świata, bo okazuje się, że wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Ja wyrobiłem 300% normy.


czwartek, 15 grudnia 2016

Elegancja Francja?

Ten wpis, wbrew tytułowi, nie będzie poświęcony ani modzie, ani francuskim szafiarkom. Désolé.

Tuluza to naprawdę piękne miasto. Tak jak wspomniałem w tym wpisie, nazywana jest czasem la ville rose (różowe miasto) ze względu na kolor cegieł, z których zbudowane są kamienice i domy, głównie te w centrum. Czerwień budynków (bo to właściwie jest czerwony kolor, a nie różowy) sprawia, że jeszcze bardziej czuć tutaj klimat południowej Europy.






To, co także przyciąga uwagę, to duża liczba parków, skwerów i drzew w ogóle. Rosną one nie tylko wzdłuż bulwarów (tam głównie platany), ale także przy wąskich uliczkach, mnóstwo prywatnych domów jest też obrośniętych pnączami itp.





Poza tym, da się dostrzec ogólny ład architektoniczno-urbanistyczny, czego bardzo zazdroszczę Francuzom. Okazuje się, że jednak DA SIĘ ustawić w całym mieście takie same barierki, kosze na śmieci, słupy ogłoszeniowe i ławki, które nie są w kolorach prosto z Painta. Ponadto, Francuzi odkryli już coś, co jeszcze nie dotarło do kraju nad Wisłą, a konkretnie DARMOWE toalety publiczne.


Stwierdziłem jednak, że nie będę zakrzywiał rzeczywistości i pokażę też tę brzydszą stronę miasta. Bo Tuluza to nie tylko piękne kamienice, ale też czasami rzędy kontenerów ze śmieciami, odór moczu (szczególnie w niedzielne poranki), popękane jezdnie, krzywe chodniki i kupy na krzywych chodnikach (których widoku oszczędzę).


poniedziałek, 7 listopada 2016

Życie jak w Madrycie (i Barcelonie)

Francuzi to śmierdzące lenie. Mają najkrótszy tydzień pracy w Europie, bo tylko 35 godzin tygodniowo (chociaż podobno zaczyna się to powoli zmieniać), 30 dni urlopu rocznie, a uczniowie i studenci mają zatrważającą ilość ferii, jak na przykład te jesienne z okazji dnia Wszystkich Świętych (la Toussaint), które trwają około tygodnia.

Korzystając z bycia tymczasowymi Francuzami, kupiliśmy dość spontanicznie ze znajomymi bilety na samolot Madryt - Tuluza (10 euro? Biere) i stwierdziliśmy, że później to się jakoś zobaczy. Całą resztę (czyli spanie) udało się już załatwić w zupełnie niespontaniczny sposób, a podsumowując - zafundowaliśmy sobie jesienne wakacje w Barcelonie i Madrycie.

Podróż autobusem z Tuluzy do Barcelony (bo od niej zaczęliśmy naszą wyprawę) trwa 5 godzin z hakiem, więc da radę przeżyć. Kilka godzin po przyjeździe wzięliśmy udział w jednej z Free Walking Tours, poświęconej street artowi, którą polecili nam znajomi, a którą teraz ja polecam wszystkim. Muszę przyznać, że Barcelona to nie jest pierwsze miasto, które przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o graffiti, muralach i street arcie w ogóle, więc byłem mocno zdziwiony, kiedy zobaczyłem takie cuda:







Kolejne dwa dni zarezerwowaliśmy na nieco bardziej typowe atrakcje Barcelony: kościół Sagrada Familia i Park Güell. I o ile ten drugi spodobał mi się w umiarkowanym stopniu (pewnie przez jakiś milion ludzi biegających w transie z kijami do selfie i drugi milion ludzi je sprzedających), to Sagrada Familia robi niesamowite wrażenie, na które warto wydać te kilkanaście euro.

Najbardziej obfotografowana jaszczurka na świecie






A w muzeum na dole można podglądać ludzi pracujących przy makietach (:


Co poza tym warto zobaczyć w Barcelonie? Plaça d'Espanya, Plaça de Catalunya, ulicę Passeig de Gràcia (która jest uznawana za najdroższą ulicę całej Hiszpanii), a z mniej turystycznych miejsc: Park Olimpijski (Barcelona była gospodarzem letnich igrzysk w 1992 roku) i Muzeum Designu.








Po Barcelonie przyszła kolej na Madryt. Autobusem dojechaliśmy tam w 7,5 godziny (tym razem już trochę gorzej niż z Tuluzy do Barcelony). Po dotarciu do hostelu około godziny 8 (rano) i odejściu z kwitkiem (meldujemy się od godziny 12, sorry) zaczęliśmy zwiedzanie stolicy. O godzinie 8 rano w poniedziałek, w stolicy Hiszpanii nie ma żywego ducha. Po przejściu Calle de Fuencarral trafiliśmy na Gran Via, która jest jedną z głównych ulic Madrytu i na pewno jedną z najbardziej reprezentacyjnych (czytaj: kilku-, czasem i kilkunastopiętrowe kamienice z przełomu XIX i XX wieku). Niektóre budynki naśladują styl amerykański, jak np. Edificio Telefónica, inne ociekają bogactwem jak Edificio Metrópolis:


Po Gran Via przyszedł czas na Park Retiro (który jest w sumie bardzo podobny do warszawskich Łazienek), gdzie spotkaliśmy między innymi odważne wróble:


Najlepszą rzeczą (a raczej budynkiem) w całym parku jest Kryształowy Pałac, który został zbudowany pod koniec XIX wieku, jako miejsce ekspozycji fauny i flory z Filipin (wtedy hiszpańskiej kolonii). Jak dla mnie odjazd. Niestety nie dało nam się wejść do środka ze względu na zmianę ekspozycji.


Poza tym, w parku Retiro można zajrzeć do Palacio de Velázquez, który dzisiaj służy jako przestrzeń do czasowych wystaw Muzeum Królowej Zofii. Trudna sztuka.



W Madrycie, tak jak w Barcelonie można też natknąć się na sztukę współczesną. Warto zajrzeć do Palacio de Cibeles, który dzisiaj służy za ratusz miasta, i w którym na kilku piętrach rozlokowane są wystawy. Można też wjechać na samą górę i obejrzeć panoramę Madrytu.




Dużym rozczarowaniem w Madrycie był dla mnie plac Puerta del Sol, który uważany jest nie tylko za środek miasta, ale i całej Hiszpanii, i gdzie można znaleźć "kilometr zerowy", z którego mierzy się odległości do innych miast. Sam plac jest mocno zaniedbany, obwieszony reklamami (zupełnie jak w Polsce!) i wypełniony ludźmi przebranymi za Mario i Pikachu, z którymi można sobie zrobić zdjęcie. Warto tam jednak pójść żeby zobaczyć neon Tío Pepe. No i pomnik niedźwiedzia wspinającego się na drzewo truskawkowe (!), który jest symbolem Madrytu.



Do Madrytu warto jednak pojechać po to, aby odwiedzić Muzeum Prado (Goya, Velázquez, El Greco, Rubens, Bosch, Bruegel), zjeść churros z czekoladą (ja po sześciu wymiękłem), spróbować patatas bravas i pewnie wiele innych rzeczy, o których nie wiedzieliśmy, na które nie mieliśmy czasu (jak na przykład muzeum Thyssen-Bornemisza) albo były zamknięte (jak nieczynna stacja metra Chamberí, którą można dzisiaj zwiedzać).

Podsumowując: warto odwiedzić i jedno, i drugie miasto, choć moim zdaniem, hiszpańscy znajomi mieli rację: po Barcelonie, Madryt nie jest już taki fajny. Z Hiszpanami jako tako da się dogadać po angielsku, chociaż my mieliśmy szczęście, bo jeden z kolegów był hiszpańskojęzyczny. Wszystkim wybierającym się do Hiszpanii, a szczególnie do Barcelony (bo w Madrycie też wzięliśmy udział, ale było trochę gorzej) jeszcze raz polecam Free Walking Tours. W ofercie mają kilka różnych tras, więc każdy znajdzie coś dla siebie.

czwartek, 3 listopada 2016

Francja w niebezpieczeństwie

To, że Francuzi mają hopla na punkcie swojej historii, kultury i języka, wiadomo nie od dziś. W sumie trudno się dziwić: Francja to kraj o nieprzerwanej historii i mocarstwo od wieków. Co więcej, posiada silną "markę" znaną chyba na całym świecie.

Czy jest zatem coś, co mogłoby zagrażać Francji? U nas to wiadomo: jak nie Rosja z Niemcami, to Unia Europejska i gender. Biednemu zawsze wiatr w oczy. Wydaje się, że z kolei dla Francuzów największym zagrożeniem jest język angielski. Całe szczęście, z pomocą przychodzi ustawodawstwo, a konkretnie Prawo Toubona, które reguluje kwestię używania języka francuskiego. Zgodnie z ustawą, wszelkie informacje/ogłoszenia widoczne w przestrzeni publicznej powinny być sformułowane w języku francuskim. Jeśli zaś prezentowane są one w innych językach, tłumaczenie na język francuski również musi być czytelne.

Co ciekawe, wytyczne wskazane w tej ustawie, zdaniem francuskiego Ministerstwa Kultury i Komunikacji, mają przyczynić się do zapewnienia zdrowia i bezpieczeństwa konsumentów we Francji poprzez szerokie użycie języka francuskiego w życiu codziennym. Argumentacja nieco naciągana (w dodatku konsumentów traktuje się jak dzieci), ale niech będzie.


Warto przyjrzeć się też francuskiemu słowotwórstwu. W roku 1635 powstała Akademia Francuska (Académie française), której celem jest dbanie o rozwój języka francuskiego i literatury francuskiej. Członków Akademii jest maksymalnie czterdziestu, sprawują tę funkcję dożywotnio i tworzą grupę tzw. nieśmiertelnych. Starają się nie dopuścić do tego, by w języku pojawiały się obce słowa, w zamian proponują francuskie leksemy. 

Tak więc zamiast angielskiego słowa walkman zaproponowano baladeur, program komputerowy po francusku to logiciel, zamiast maila wysyła się courriel, komputer to ordinateur (choć także w języku hiszpańskim istnieje słowo ordenador, które z angielskim computer ma niewiele wspólnego), a przycisk Start w komputerach z Windowsem po francusku nosi nazwę Démarrer.


Na koniec wrócę jeszcze do tematu reklam. Na pierwszy rzut oka wyglądają one tak samo jak wszędzie indziej, ale gdy użyty jest angielski (albo jakikolwiek inny język), zawsze można gdzieś znaleźć tłumaczenie na francuski.

Kilka przykładów:




niedziela, 23 października 2016

Rzut beretem

Tuluza to świetne miasto, ponieważ wszystko jest tutaj w zasięgu ręki. Ale tym razem chodzi mi o to, że jest to świetna baza wypadowa. W dwie godziny z hakiem można dojechać do Bordeaux, w niecałą godzinę do Carcassonne (gdzie można zwiedzić najstarszy w Europie średniowieczny kompleks urbanistyczny), a w nieco ponad godzinę do Cordes-sur-Ciel i Albi. I właśnie o tych dwóch miastach chcę napisać (a głównie je trochę pokazać).

Cordes-sur-Ciel to małe średniowieczne miasto położone na północny-wschód od Tuluzy. Mieszka tam około 1000 osób. W 2014 roku zostało uznane za ulubione miasteczko Francuzów. Ze wzgórza (na którym jest położone) rozciąga się piękny widok na okolicę. Właściwie nie ma tam zbyt wiele do roboty, warto jednak pozaglądać w różne zakamarki, których jest tam pełno.







Albi to nieco większe miasto, położone nad rzeką Tarn na północny-wschód od Tuluzy tak jak Cordes-sur-Ciel. Miasto rodzinne malarza i grafika Henri de Toulouse-Lautreca. W 2010 roku zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Punkt centralny miasta stanowi Katedra św. Cecylii. Ukończona pod koniec XV wieku, stała się symbolem triumfu papiestwa nad heretyckim ruchem albigensów. Z zewnątrz dość ciężka i toporna, wewnątrz robi piorunujące wrażenie bogatym wyposażeniem i ścianami pokrytymi freskami. I w ogóle to chyba najpiękniejszy kościół w jakim kiedykolwiek byłem.