Czy jest zatem coś, co mogłoby zagrażać Francji? U nas to wiadomo: jak nie Rosja z Niemcami, to Unia Europejska i gender. Biednemu zawsze wiatr w oczy. Wydaje się, że z kolei dla Francuzów największym zagrożeniem jest język angielski. Całe szczęście, z pomocą przychodzi ustawodawstwo, a konkretnie Prawo Toubona, które reguluje kwestię używania języka francuskiego. Zgodnie z ustawą, wszelkie informacje/ogłoszenia widoczne w przestrzeni publicznej powinny być sformułowane w języku francuskim. Jeśli zaś prezentowane są one w innych językach, tłumaczenie na język francuski również musi być czytelne.
Co ciekawe, wytyczne wskazane w tej ustawie, zdaniem francuskiego Ministerstwa Kultury i Komunikacji, mają przyczynić się do zapewnienia zdrowia i bezpieczeństwa konsumentów we Francji poprzez szerokie użycie języka francuskiego w życiu codziennym. Argumentacja nieco naciągana (w dodatku konsumentów traktuje się jak dzieci), ale niech będzie.
Warto przyjrzeć się też francuskiemu słowotwórstwu. W roku 1635 powstała Akademia Francuska (Académie française), której celem jest dbanie o rozwój języka francuskiego i literatury francuskiej. Członków
Akademii jest maksymalnie czterdziestu, sprawują tę funkcję dożywotnio i tworzą
grupę tzw. nieśmiertelnych. Starają się nie dopuścić do tego, by w
języku pojawiały się obce słowa, w zamian proponują
francuskie leksemy.
Tak więc zamiast angielskiego słowa walkman zaproponowano baladeur, program komputerowy po francusku to logiciel, zamiast maila wysyła się courriel, komputer to ordinateur (choć także w języku hiszpańskim istnieje słowo ordenador, które z angielskim computer ma niewiele wspólnego), a przycisk Start w komputerach z Windowsem po francusku nosi nazwę Démarrer.
Na koniec wrócę jeszcze do tematu reklam. Na pierwszy rzut oka wyglądają one tak samo jak wszędzie indziej, ale gdy użyty jest angielski (albo jakikolwiek inny język), zawsze można gdzieś znaleźć tłumaczenie na francuski.
Kilka przykładów:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz